Skok.

A było to tak. Przyjechaliśmy do Anshun, bo tam wodospady “wielkie aż pod sufit”! Anshun jak każda chińska wiocha, ćwierć miliona mieszkańców, żadnych hosteli, białych i angielskiego (choć od tego męczącego hostelowego świergotu dobrze było odpocząć). I jak przyjechaliśmy, to znów pojechaliśmy. Pekaesem do wodospadów. Na miejscu wszystko zorganizowane aż do obrzydzenia. Mieliśmy wsiąść do kolejnego pekaesu z grupą chińskich emerytów i zrobić objazdówkę, płacąc przy tym naprawdę dużo. Nie zapłaciliśmy i nie pojechaliśmy. Poszliśmy tylko gdzieś na przełaj, licząc, że znajdziemy rzekę. A jak już ją znajdziemy, to musimy też znaleźć wodospady. Rzekę znaleźliśmy dość szybko, ale problem był z wodospadami. Mikołaj jak zwykle miał przygotowany tekst, bo on ma tekst przygotowany na każdą okazję. Tym razem brzmiało to mniej więcej tak: “Mam dziesiąty dan w skautingu, więc wiem, że należy iść tam”. I poszliśmy przez pola ryżowe. I się zgubiliśmy. Ale się w końcu odnaleźliśmy i wodospady też.



5 comments